Szczególnie polecamy

Wyjątkowe
rekolekcje wielkopostne.
Szkoła przetrwania, duchowy survival, pustynia...
więcej>>

Nasze propozycje


Materiały Homiletyczne
321/2019 rok C Wielki Post


Po prostu „kazania”
księdza Pogodnego.
Kazania pasyjne
ks. Pogodny



Koszty dostawy



Nasze strony



www.ekatecheza.pl

Newsletter
Jeśli chcesz dostawać informacje o produktach i nowościach.
WSPOMNIENIE. Czy kapłan może być szczęśliwy?
WSPOMNIENIE. Czy kapłan może być szczęśliwy?

Ks. Władysław Bukowiński ponad 20 lat był duszpasterzem w Kazachstanie, gdzie spędził w więzieniach i obozach pracy ponad 13 lat. Dobrowolnie pozostał wśród zesłańców aż do śmierci w Karagandzie w warunkach totalitarnego zniewolenia i prześladowania wierzących.

Swoją postawą ukazał, że jedyną drogą do zwycięstwa nad systemem niszczącym godność człowieka jest droga przebaczenia. Pozostał w pamięci jako spowiednik trzymający w ręku krzyżyk. Nigdy nie rozstawał się z różańcem. Dzięki temu nie dał się zatruć nienawiścią, żyjąc ufnością i cierpliwością. 11 września br. w Karagandzie odbędzie się jego beatyfikacja. 

"Jesteśmy wyświęceni nie na to, byśmy się oszczędzali, lecz na to, byśmy – jak trzeba – dusze swe kładli za owce Chrystusowe" - to życiowe motto tego niesamowitego i niezwykle skromnego kapłana. Czy kapłan w takich warunkach mógł być szczęśliwy? Jak widział to ks. Bukowiński?

Oto jego cenne zapiski, z których wyłania się cała tajemnica szczęścia.


„W czerwcu 1957 roku objeżdżałem polskie wioski w okolicy Ałma-Aty. Przeżyłem tam wiele głęboko wzruszających momentów. W jednej wiosce dosłownie cała wieś czekała na mnie. Kiedy przyjechałem (samochodem osobowym), dziewczęta odświętnie ubrane otoczyły mnie wieńcem jak prymicjanta i wprowadziły do domu przeznaczonego na nabożeństwo, a lud cały Śpiewał bardzo pięknie Kto się w opiekę odda Panu swemu. W innej wiosce powitał mnie krótkim przemówieniem w obecności licznie zgromadzonego ludu miejscowy patriarcha, pan Stanisław Lewicki. Było to chyba najbardziej wzruszające przemówienie wygłoszone do mnie w całym życiu. Pan Lewicki mówił: «Wywieźli nas pod te góry, zostawili tutaj i wszyscy zapomnieli o nas. Nikt o nas nie pamiętał. Dopiero Ojciec Duchowny do nas przyjechał. My takie sieroty, my takie sieroty». Płakał czcigodny patriarcha, płakał cały lud zebrany, płakał i ksiądz razem z nimi. Ale to były dobre łzy...


Otóż któregoś dnia czerwcowego przejeżdżałem z jednej wioski do drugiej. Droga była daleka, ok. 30 km. Jechałem kiepską furką zaprzężoną w parę niepozornych koników. Ubrany byłem całkiem niereprezentacyjnie. Dość porządną walizkę miałem ukrytą pod słomą, żeby nie zwracała niczyjej uwagi. Cóż, kiedy droga była przeważnie polna, kiepska furka mocno trzęsła i raz po raz walizka wyskakiwała spod słomy, tak, iż trzeba było kilka razy w drodze przystanąć, aby ją znowu ukryć. Był przepiękny dzień czerwcowy w pełnym blasku popołudniowego słońca. Ani chmurki na niebie. Na prawo od nas obszerna, urodzajna równina, na lewo majestatyczne pasmo gór o szczytach pokrytych śniegiem. I wówczas poczułem się bardzo szczęśliwy i wdzięczny Opatrzności za to, że mnie tam przyprowadziła do tych tak biednych i opuszczonych, a przecież tak bardzo wierzących i miłujących braci i sióstr w Chrystusie. Tego szczęścia doznanego na owej trzęsącej się furce nie zamieniłbym na największe zaszczyty i przyjemności. Nieraz później, zwłaszcza w ciężkich chwilach, jakich mi nie brakowało, przypominałem sobie to olśniewające przeżycie”.


Jedna z jego uczennic w Łucku wspomina: „Pamiętam, że ksiądz nas przywitał. Był duży, patrzył na mnie uważnie, ale jego uśmiech spowodował, że się uspokoiłam. On promieniował spokojem i dobrocią. Wtedy ta jego spokojna, ale uśmiechnięta twarz, zapadła mi głęboko w serce. Zapamiętałam ją na zawsze” .


Cechowało go duże poczucie humoru: „We wrześniu 1969 r. ks. Bukowiński po raz drugi przyjechał do Polski. Spotkał się z rodziną, przyjaciółmi, kolegami. (...) Gdy jechał tramwajem, jeden z pasażerów odezwał się: «Że też nasza ludowa ojczyzna musi wykarmić takiego grubasa», na co on odrzekł ze stoickim spokojem: «Nie, proszę pana, nie ludowa ojczyzna, tylko Związek Socjalistycznych Republik Radzieckich». W tramwaju powstała konsternacja, bo ksiądz ze Związku Radzieckiego mówi po polsku” .


Trudno było nie zauważyć postawy optymizmu i radości, które emanowały z osoby Sługi Bożego. Był wspaniałym świadkiem życia kapłańskiego na wskroś ewangelicznego. Kiedy przebywał w Polsce, kroki swoje skierował także w stronę krakowskiego seminarium. Tu bowiem się wychowywał do kapłaństwa i mimo przebytej choroby i wielkiego doświadczenia potrzebnego do życia, nawet w łagrach zachował wielki szacunek wobec bogactwa duchowego, jakie stało się jego udziałem w budynku na Podzamczu. 12 grudnia 1966 r. nawiedził seminarium pod Wawelem. W kronice seminarium krakowskiego zanotowano: „seminarium nasze gości ks. Bukowińskiego, polskiego kapłana pracującego w Związku Radzieckim w Karagandzie w Kazachstanie. Opowiadał nam o swej trudnej misjonarskiej pracy. Przez prawie 14 lat w więzieniach i łagrach” . Klerycy po tym niezwykłym spotkaniu opowiadali anegdotę: „Ks. Bukowiński przyszedł do seminarium i stanął przy ks. rektorze, który był bardzo niskiego wzrostu i bardzo szczupłej postury. Wyglądał filigranowo przy potężnej postaci ks. Władysława. Trudno było tego nie zauważyć, dlatego ks. Władysław powiedział: «Jak widzicie, jestem przedstawicielem największego mocarstwa na świecie»”.


Pogodę ducha zachowywał w każdej sytuacji. Tak zapamiętała jego odwiedziny Ludmiła Wierzbicka: „Ksiądz Władysław przyjechał ubrany w kufajkę, która miała za krótkie rękawy, więzienną czapkę, gumowe buty i cieniutkie spodnie. Pamiętam, że był to marzec i było bardzo zimno, ale pomimo tego ksiądz miał bardzo pogodną twarz i roześmiane pogodne oczy. Czuć było bijące od niego ciepło i dobro (...). Zostawiał mojej mamie dobrego ducha, długo po wizycie chodziła uśmiechnięta i zadowolona z odwiedzin” .


Ks. Eliasz Głowacki w czasie spotkania z księżmi w październiku 1974 roku w Murafie daje świadectwo o szczególnej serdeczności, otwartym sercu i radości kapłańskiej ks. Władysława: „To on był ojcem duchownym, który ciągle – bezustannie poddawał ludziom dobrej woli tematy do rozmyślań o rzeczach najważniejszych w myśl nauki Zbawiciela: szukajcie najprzód Królestwa Bożego i Jego prawdy, a reszta będzie wam dana” .. Z takiej wiary Sługi Bożego wyrosła postawa, o której św. Paweł mówił: „stałem się wszystkim dla wszystkich, żeby w ogóle ocalić przynajmniej niektórych” (1 Kor 9,22).


Kiedy opuszczał obóz, wszyscy żegnali go jak najlepszego przyjaciela i człowieka prawdziwie wolnego: „Zmęczony, szedł jak cień człowieka pomiędzy baraki z workiem na plecach, ale z ogniem gorejącym w sercu... jeszcze raz się uśmiechnął, pomachał bezsilną ręką, a nam się zdawało, że słyszymy jeszcze ostatnie jego słowa cicho – może tylko w myślach – powiedziane za św. Pawłem: «Któż nas może odłączyć od miłości Chrystusowej? Utrapienie, ucisk czy prześladowanie, głód czy nagość, niebezpieczeństwo czy miecz (...) dzięki Temu, który nas umiłował jestem pewien, że ani śmierć, ani życie, ani aniołowie, ani Zwierzchności, ani rzeczy teraźniejsze ani przyszłe, ani Moce, ani co wysokie, ani co głębokie, ani jakiekolwiek inne stworzenie nie zdoła nas odłączyć od miłości Boga, która jest w Chrystusie Jezusie Panu naszym» (Rz 8,35.37-39)” .


Ks. Eliasz chciał podsumować w ten sposób historię życia tego niezwykłego człowieka w obozie; życia na wskroś ewangelicznego, otwartego na każdego człowieka. Kończy wspomnienie w ten sposób: „Swoją postawą, swoim przykładem, całym życiem swoim wołał do nas wszystkich, którzy znaliśmy go i do tych, co o nim się dowiedzą, mówiąc: «Proszę was przeto, bądźcie naśladowcami moimi, jak i ja Chrystusa» (1 Kor 4,16)” .

 

Więcej w niezwykłej książce: Vianney Wschodu. Ksiądz Władysław Bukowiński – ks. Jan Nowak

 

 

do góry
Sklep jest w trybie podglądu
Pokaż pełną wersję strony
Sklep internetowy Shoper.pl